czwartek, 31 grudnia 2009

Kącik konesera taniego wina – odsłona VII - sylwestrowy odcinek specjalny!!!

Moi Drodzy! Dziś ostatni dzień 2009 roku. Nie mam jednak zamiaru w tym miejscu robić podsumowania całego roku. Niech każdy we własnym sumieniu rozstrzygnie co było dobre, a co niekoniecznie… Nadchodzi kolejny, nowy, miejmy nadzieję lepszy rok. Tę jedyną, niepowtarzalną okazję należy, wiec odpowiednio uczcić. Jakim trunkiem najlepiej wznieść ten symboliczny toast o północy? Przed tym dylematem staje zapewne wielu z Was. Ja natomiast pędzę z pomocą . Bowiem pozostało już naprawdę niewiele czasu.

W tej specjalnej sylwestrowej odsłonie chciałam Wam przedstawić wyjątkowe winko gazowane, o bardzo egzotycznie brzmiącej nazwie „Staroruskoje Igristoje”. Trunek idealny na tę okazję. Poleca go sam Cysio - znawca i koneser wielu cenionych i lubianych napojów. Otóż omawiany ruski winacz jest lepszy nawet od oryginalnego francuskiego szampana z samego serca Szampanii czy też tradycyjnej katalońskiej „Cavy”. Cysio twierdzi, że można go pić do woli. Gdyby jednak dla kogoś ogólnie przyjęta ilość okazała się zbyt duża i miał następnego dnia pewne problemy, Cysio poleca swój wypróbowany sposób… Jak się okazuje najlepsza na kaca jest zwykła maślanka!



Drodzy Czytelnicy! Życzę Wam wszystkim udanej imprezy, niezapomnianych przeżyć oraz dużo zdrowia i mocnej głowy;)

Happy New Year

wtorek, 29 grudnia 2009

Kącik konesera taniego wina – odsłona VI

Dobry wieczór Gospodarzu! (Nieważne czy wielkiej biby czy też kameralnego spotkania.) Do sylwestra pozostało już niewiele czasu, a zatem to naprawdę ostatni dzwonek, aby pomyśleć o zaopatrzeniu się w wysokiej klasy napoje winiopodobne, odpowiednie na tę okoliczność. W końcu sylwester jest raz w roku. Dlatego też należało by w ten wyjątkowy wieczór cieszyć się smakiem jakiegoś wyjątkowego trunku. Przybliżę Wam dziś wybitną sylwetkę „Lipy z miodem”.

Na wstępie warto wspomnieć, że firma Ostrowin, produkująca ową nalewkę (Uwaga na podróby! Jedyna prawdziwa jest nalewka z Ostrowina! ) otrzymała ZŁOTY MEDAL w KONKURSIE KRAJOWEJ RADY WINIARSTWA, zorganizowanym w 2003 roku w Ciechocinku, właśnie za „Lipę z miodem”. Mamy więc do czynienia z nie byle jakim trunkiem. Jak sama nazwa mówi napój zawiera „ekstrakt” z lipy i „dodatek” miodu, a raczej miodowego aromatu… Jednak to nie jest istotne. Liczy się ten wyśmienity, słodkawy smak. To zapewne zasługa rewelacyjnie dobranych składników, połączonych w odpowiednich proporcjach, według najlepszych, tradycyjnych receptur. Warto również zauważyć piękny głęboko – miodowy kolor napoju. Na pochwałę zasługuje także bardzo stylowa etykieta, utrzymana w stosownej dla trunku tonacji kolorystycznej.

Myślę, że zainteresuję Was ciekawostka zza kulis naszego bloga… Bowiem wśród naszego redakcyjnego grona jest kilku wielkich fanów „Lipy z miodem”. Zapewne jesteście bardzo ciekawi o kogo chodzi… Zdradzę Wam ten sekret (mam nadzieję, że koledzy nie będą mieli mi tego za złe…) Mowa o głównym bohaterze kilku artykułów, naszym gościnnym redaktorze i recenzencie Cysiu oraz redaktorze Yodzie. Na samo hasło „Lipa z miodem” od razu na ich twarzach pojawia się uśmiech, cokolwiek by się nie działo… Czyż to nie wystarczająca rekomendacja?;)

Jeden z fanów w plenerze z "Lipą..." w ręku:) fot. Archiwum

Jak głosi przysłowie „Ile wina w głowie, tyle prawdy w słowie”, a więc wierzcie mnie na słowo i dajcie się skusić na wypróbowanie „Lipy z miodem”. Czy to na imprezie sylwestrowej, która może właśnie dzięki temu trunkowi ma szansę stać się niezapomniana… czy też, gdy już zrobi się cieplej, w plenerze odpoczywając pod drzewem, które tak poleca pewien znany poeta… Myślę, że taka sceneria będzie pasowała idealnie;)

Bawcie się dobrze!

piątek, 25 grudnia 2009

Kącik konesera taniego wina - odsłona V

Witam wszystkich świątecznie! Macie już dość zbyt popularnych, wyjątkowo często spożywanych w okresie Bożego Narodzenia grzańców? Pragniecie jakieś odmiany? Zaproponuję Wam więc coś zupełnie innego. Specjalnie dla Was w dzisiejszej odsłonie przedstawię napój o wdzięcznej nazwie „Kici Kici”. Mrauu…

Nie wiem za bardzo co wspólnego ma nazwa z samym trunkiem. Może z założenia był przeznaczony dla określonego grona koneserów? Nie będę w to jednak wnikać głębiej, bowiem siarkofrut ten idealnie nadaje się na każdą okazję. Jednak ze względu na wyjątkowy smak przypominający tradycyjne rogale świętomarcińskie polecany do spożywania szczególnie w okresie 11 listopada. (Dla osób spoza Poznania i okolic, które nie miały okazji do degustacji wspomnianego specjału-jest to rogal, tradycyjnie wypiekany z okazji dnia św. Marcina, z ciasta półfrancuskiego, z nadzieniem z białego maku.) Szał na rogale świętomarcińskie jest raz w roku, natomiast omawiany napój może być całorocznym hitem. Wracając do smaku „Kici Kici”. Chwilami brakuje słów, żeby to wyrazić. Wykwintny, doskonale skomponowany smak i aromat zapewne zadowoli również najbardziej wybredne gusta. Charakterystyczna wyczuwalna nutka olejku migdałowego. Piękny klarowny czerwony kolor. Niewątpliwie jeden z lepszych siarkofrutów.

Na uwagę zasługuje również ciekawa etykieta na butelce (fotografia poniżej). Interesująca szata graficzna, intrygująca fotografia młodej damy bezwstydnie prezentującej swoje wdzięki. Myślę, że dla wielu koneserów, szczególnie płci męskiej, samo opakowanie będzie wystarczającą zachętą do zakupu.


Właściwie bardzo trudno znaleźć jest jakąś wadę w tak wybitnym siarkofrucie jakim jest „Kici Kici”. Lecz jak wiadomo, nie ma rzeczy idealnych, dlatego też i w tym przypadku muszę się czegoś przyczepić. Niestety omawiany napój ma kiepsko zaprojektowany korek. Naprawdę nie łatwo tego winiacza otworzyć, co wiem z własnego doświadczenia… Jednak gdy już poradzimy sobie z tym małym problemem, na pewno czeka nas odpowiednia nagroda w postaci wyjątkowego smaku, którym można cieszyć się naprawdę dłłuuuggo;)

Świętujcie dalej!

sobota, 21 listopada 2009

Prawdziwy Dziki Zachód!

Po raz kolejny okazało się, że Wróżka Benia z którą współpracujemy od jakiegoś czasu jest po prostu rewelacyjna. O ile pierwsza część przepowiedni, dotycząca rogali była przewidywalna nawet dla zwykłych śmiertelników, to jej druga część, ta o „bani do rana” pokazała prawdziwą moc Beni.

Niespodziewanie otrzymaliśmy bowiem zaproszenie na imprezę, o jakiej marzyliśmy od dawna. Nie było to co prawda typowe weselicho o jakim rozprawiamy przynajmniej raz w tygodniu, jednocześnie kombinując kto tu mógłby się hajtnąć, ale w/w balanga dawała nadzieję na namiastkę upragnionego wesela. Sobotniego wieczoru, zgodnie z wcześniej otrzymanymi wskazówkami znaleźliśmy się w okolicy ulicy Fashionowej na Starołęce. Szybko odnaleźliśmy właściwy autobus (co szczerze mówiąc wcale nie było aż tak trudne) i niezwłocznie zapakowaliśmy się doń. Po chwili spędzonej na pokładzie tegoż wehikułu, zgodnie ze słowami „po kapeluszach ich poznacie”, zorientowaliśmy się, że jadą z nami praktycznie sami „bibowicze” :) Podróż do Wiórka (skąd ta Benia i to wiedziała??) trwała niespełna piętnaście minut.

Po dotarciu na miejsce i zorientowaniu mapy (jako klasa geograficzna czuliśmy się odpowiedzialni za resztę imprezowiczów) ruszyliśmy do… sklepu o jakże chwytliwej nazwie „Rondo”. Naszą uwagę przykuła figura Jezusa, znajdująca się tuż przed wejściem do owego sklepu monopolowego. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że pijanego Pan Bóg strzeże :). Po sfinalizowaniu transakcji kupna-sprzedaży niezbędnych produktów (profil ekonomiczny :)) wyruszyliśmy w dalszą podróż. Nasi dotychczasowi towarzysze (pozdrawiamy klasę III E) porzucili nas na pastwę losu w ciemnym, a co za tym idzie, bardzo niebezpiecznym miejscu. Szybko jednak wyszło na jaw, że dzięki znajomości geografii oraz odrobinie szczęścia to właśnie my dotarliśmy pierwsi do celu naszej sobotniej podróży :)

Już od progu powitała nas Gospodyni Imprezy, której to złożyliśmy najlepsze życzenia z okazji wkroczenia w dorosły świat, co patrząc na nas, nie oznacza wcale końca dzieciństwa :P Niemniej jednak, jak Cysio słusznie zauważył, kolagen powoli zaczyna zanikać :). Rozsiedliśmy się wygodnie i oczekiwaliśmy przyjścia naszych ex-towarzyszy podróży. Po dotarciu wszystkich gości, odśpiewaniu gromkiego „Sto lat” i wypiciu szampana rozpoczęła się prawdziwa biba :) Tańce, hulanki, swawole i inne ekscesy były na porządku dziennym :P Impreza trwała do białego rana, nad czym bardzo ubolewamy, bo czas zleciał nam zdecydowanie za szybko, niektórym nawet jeszcze szybciej :P Wśród wielu znanych przebojów biesiadnych, nasze zawsze wprawne uszy (nawet po 4.30 rano) wychwyciły absolutny hit każdej szanującej się imprezy: „Bania u Cygana”. Na koniec odśpiewaliśmy jeden ze znanych kawałków dość popularnego ostatnimi czasy zespołu, którego nazwy, przez szacunek dla czytelników nie wymienię. Niemniej ich piosenka, w zaistniałych %k%liczn%ściach oraz mistrzowskim wykonaniu biesiadników, zyskała całkowicie inny charakter ;)

Jak już wspomniałem, wszystko co dobre, szybko się kończy. Przed piątą rano ruszyliśmy w drogę powrotną. Z pieśnią na ustach, z kapeluszami na głowach i radością w sercach (pięknie zabrzmiało, prawda?) przemierzaliśmy kręte uliczki Wiórka, budząc przy okazji wszystkich mieszkańców :P Na przystanku autobusowym, będącym jednocześnie oknem na świat dla wielu Wiórkowiczów (tak to się odmienia?) Odśpiewaliśmy po raz kolejny „Sto Lat” ze wszystkimi dodatkowymi zwrotkami ;) Po pożegnaniu, zapakowaliśmy się do autobusu (znów cały należał do „bibowiczów”) i ruszyliśmy w kierunku dworca przy Fashionowej. Należy pamiętać, że był to niedzielny poranek, całe miasto jeszcze spało. Na szczęście (ile my tego szczęścia mamy) udało się nam załapać na tramwaje „widmo” wyjeżdżające dopiero z zajezdni. Wszyscy cało dotarliśmy do domów i prędzej czy później położyliśmy się spać.

Impreza była świetna! Większość z nas w poniedziałek, już w miarę normalnym stanie stawiła się w szkole, chociaż samej organizatorki próżno było tam szukać :) Wspomnienia owej nocy na pewno na długo pozostaną nam w pamięci :P Raz jeszcze, z tego miejsca, dziękujemy za zaproszenie.


Mimo iż od opisanej „bani” minął zaledwie tydzień, to nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nadal nie kombinowali kogo tutaj wyswatać, żeby zyskać kolejną okazję do tak wspaniałego biesiadowania :)

wtorek, 10 listopada 2009

Wtorkowa przepowiednia czterowierszowa

Trwający tydzień cudownym wnet się stanie
Niedługo bowiem się zacznie wielkie rogalowanie
A gdy już objesz się do syta, nie udawaj pawiana
Czeka Cię wielka bania, która potrwa aż do rana

poniedziałek, 9 listopada 2009

Kącik konesera taniego wina – odsłona IV

Moi mili! W tej odsłonie nie będę wychwalać wspaniałego, doskonale skomponowanego smaku. Dobre czasy DZBANA się na tę chwilę skończyły. Czy „lepszych czasów już nie będzie, lepsze dni odeszły w dal”? To zależy również i od Was drodzy koneserzy taniego wina! Jak znajdziecie kolejne DZBANY wszystko jeszcze ma szansę się zmienić… Przykro mi tym razem spotkacie się z samymi słowami krytyki wobec pewnego siarkofruta. Jeśli, więc ktoś uważa, że nie ma obrzydliwych, niezdatnych do picia (nawet po przegotowaniu;)) tanich winiaczy to na tym zdaniu może zakończyć czytanie mojego tekstu, gdyż na pewno się z nim nie zgodzi...

Dzisiejszym głównym bohaterem będzie BARYŁA Żołądkowa. Siarkofrut tak obleśny, że nie pozostaje mi nic innego jak przejechać się po nim jak po szmacie. Ohydny, gorzko – nie wiadomo jaki smak. Dziwny, powiedzmy… szaro-bury kolor, podejrzana konsystencja. Trunek cuchnie na kilometr. Do tego jeszcze tandetne opakowanie. Pozwolę sobie na bardzo surową ocenę. Według mnie jest to najgorszy siarkofrut świata! Ciężko wypić tego więcej niż jeden łyk.

Ku przestrodze…

Jeśli jednak pomimo moich wszystkich ostrzeżeń, znalazł by się jakiś śmiałek, których chciałby przekonać się na własnej skórze jak smakuje BARYŁA to UWAGA! Degustacja na własne ryzyko. Skutki uboczne nieznane…

BARYŁA zasługuje na uwagę jedynie dlatego, iż jest swego rodzaju ciekawostką przyrodniczą ;P

Strzeżcie się!

niedziela, 8 listopada 2009

„Chyba muszę przerwać Panu egzamin”– czyli porażka numer 1

Miała być moda i uroda, a wyszło jak zwykle, ale co tam. Drodzy czytelnicy, po moim debiucie literackim (Dawać czy nie dawać – oto jest pytanie) liczyłem na kącik moda i uroda, ale poproszono mnie o coś zupełnie innego, mianowicie o opisanie moich przeżyć związanych z długim zdawaniem egzaminów na prawo jazdy. Dzisiaj odsłona pierwsza i pierwszy egzamin.

Wakacje, czas wolności i braku problemów. Wszystko to jednak tylko do czasu. Wybija dzień 10 sierpnia i przychodzi największy jak dotąd w moim życiu stres. Egzamin na prawo jazdy o godzinie 10 w WORD. Naiwna pewność siebie i przekonanie o zdaniu tegoż egzaminu sprawiły, że stwierdziłem, iż nie warto stresować rodziny. Powiem im, że egzamin mam 11 sierpnia, a kiedy zdam dzień wcześniej wszyscy będą zadowoleni.

Zjawiłem się w ośrodku ok. godziny 9.30, więc tym samym na egzamin musiałem poczekać aż pół godziny. Wreszcie wybiła godzina 10.00. Początek egzaminu teoretycznego i już pierwsza wpadka, podpisałem się w złym miejscu, ale co tam. Zaczął się egzamin. Stres jak cholera, niby tylko 18 pytań, ale jak coś pójdzie nie tak to koniec… Skończyłem, wołam egzaminatora i wybija chwila prawdy. Egzaminator dusi przycisk „SPRAWDŹ”… Życie jest piękne, 0 błędów i przechodzę dalej. Znów nerwowe czekanie, tym razem w sali obok, inny egzaminator tłumaczy, co należy zrobić na placu manewrowym i w mieście. Następuje podpisanie listy obecności i przejście na ostateczne czekanie przy placu manewrowym. Mija ok. 15 min i wchodzi starszy pan wyczytując moje nazwisko – zaczęło się.


Wsiadamy do samochodu, sprawdzamy tożsamość i pierwsze zadanie pokazać płyn hamulcowy i kierunkowskazy – na razie idzie rewelacyjnie. Kolejne zadanie, łuk, również sukces i jedziemy na wzniesienie. Kolejny sukces i plac manewrowy zaliczony – jedziemy na miasto. Duży stres, ale jakoś idzie. Pierwsze skrzyżowanie i już było blisko porażki – ostre hamowanie na żółtym i zatrzymanie na środku pasów, ale to nic, jedziemy dalej. Na razie wszystko idzie dobrze – git majonez. Wjeżdżamy na rondo Śródka no i… nastąpił koniec – wymuszenie pierwszeństwa i padają słowa: „Chyba muszę Panu przerwać egzamin, proszę tutaj zjechać na przystanek”. No i szlag by wszystko trafił – wracamy do ośrodka, 114, 50zł poszło się bujać, a w raz z nimi marzenia Cysia o zdaniu egzaminu za pierwszym razem!

Autor: Cysio

środa, 4 listopada 2009

Kącik konesera taniego wina – odsłona III





Drodzy Czytelnicy, dziś mam zaszczyt przedstawić Wam kolejny rewelacyjny napój z serii DZBANÓW, a mianowicie DZBAN grzany lwowski. Według mnie najlepszy ze wszystkich trunków w plastikowym worku z banderolą. Niby to też DZBAN, podobny do „swoich braci”, jednak o wiele lepszy, głębszy smak i aromat wyczuwalny jest już od pierwszej kropli. Wspaniała kompozycja korzennych przypraw. W skrócie - smakuje jak wyśmienite grzane wino.


Jak głosi napis na opakowaniu „można podgrzewać w kuchence mikrofalowej”. Osobiście nie miałam odwagi spróbować… ale myślę, że warto by było zaryzykować. Taki cieplutki, podany w plastikowym naczyniu DZBAN byłby idealny na chłodne, ciemne, szare i ponure jesienno-zimowe wieczory. Poprawa humoru gwarantowana (nawet jeśli spożywany trunek będzie miał normalną temperaturę pokojową).


Jak już wcześniej wspomniałam DZBAN grzany lwowski jest moim niewątpliwym faworytem. Niestety jak na tak wykwintny trunek przystało jest on towarem deficytowym. Aby go zdobyć musiałam pokonać bardzo długą drogę… Dotarłam aż do pewnej wiochy (powiedziałabym podpoznańskiej, ale to nie do końca prawda ;P).



Mam dla Was smutną wiadomość… na tę chwilę to już ostatni DZNAN jaki opisuję. Ale nie martwcie się, wkrótce przedstawię Wam inne, godne uwagi napoje. Powtarzam również swój apel: jeśli ktokolwiek, gdziekolwiek odkryłby jakieś inne rodzaje DZBANA, proszę o informację.


Owocnych poszukiwań!

wtorek, 3 listopada 2009

wtorek, 27 października 2009

Kącik konesera taniego wina – odsłona II

Kontynuując moją zeszłotygodniową opowieść o napojach wino podobnych z gatunku DZBANA przedstawię Wam dzisiaj jedną z odmian tego wykwintnego trunku, a mianowicie DZBAN wiśniowy. Napój ten można określić jako wariację na temat DZBANA. Lekko zmodyfikowany smak. Wyczuwalna nutka wiśniowego aromatu. Piękna, krystaliczna wiśniowa barwa. Nie jest to ten sam trunek co DZBAN leśny, jednak mimo wszystko z klasyczną wersją napoju łączy go wiele. Znowu te harmonijne połączenie taniego owocowego soczku z wódą.

Powszechnie znany, lubiany i przez wybitnych znawców doceniany i polecany jest drink na bardzie tego siarkofruta. Przepis na niego jest niezwykle prosty. DZBAN + cola w dowolnych proporcjach, zależnie od gustów i indywidualnych upodobań. W smaku przypomina co nieco wzmocnioną cole cherry. Każdy szanujący się koneser taniego wina powinien tego drinka skosztować. Gorąco polecam!

A teraz kilka informacji praktycznych. Z nabyciem DZBAN wiśniowego nie powinno być większego problemu. Należy go szukać w ogólnodostępnych punktach sprzedaży „zwykłego” DZBANA leśnego. Warto również wspomnieć o naczyniu najodpowiedniejszym do degustacji tego trunku. Każdego DZBANA, niezależnie od odmiany, najlepiej spożywać w zwykłych plastikowych kubeczkach. W ten sposób najlepiej możemy wyrazić swój szacunek wobec tego wykwintnego napoju.

Fotografia przedstawia przykładowy zestaw imprezowy, z DZBANEM wiśniowym na czele, którego szczęśliwym posiadaczem w swoim czasie stał się nie kto inny jak nasz redaktor Cysio. Pozostałe występujące na fotografii trunki omówię w kolejnych odsłonach.

Wspaniałych wrażeń!;)

Wtorkowa przepowiednia czterowierszowa

Czy dajesz czy nie dajesz
I tak się za to nie najesz
Wiec może lepiej nie dawać?
Lecz po co sobie odmawiać?

środa, 21 października 2009

Dawać czy nie dawać? – oto jest pytanie

Według niektórych osób, których nazwisk nie wymienię jestem ekspertem od mody (choć dziś na angielskim wyszło na jaw, iż większą modnisią ode mnie jest pewna kobieta) jak także skarbnicą sarkastycznych wypowiedzi, według jednego z autorów tego blogu potrafię zripostować sam siebie. Tak to ja, wasz Cysio!!

A oto mój debiut literacki na łamach tegoż blogu: GALERIANKI
Filmowym sukcesem polskiej kinematografii jest absolutnie życiowy i prawdziwy film o finezyjnej nazwie Galerianki, którego recenzją zamierzam się zająć.
Powinienem tu opisać muzykę, montaż, grę aktorską, ale, po co, nie nazywam Lemański żeby to robić (Marcin nie obrażaj się) wolę zająć się prawdą przez duże P.

Film opowiada o was drogie czytelniczki (mam tu na myśli ok. połowę populacji kobiet w wieku 12-22), opowiada o kobietach wyzwolonych, dążących do celu nie uznając kompromisów.
W dzisiejszej kulturze galerianizm to zjawisko nierobiące już na nikim wrażenia, jest to po prostu sposób na szanowanie się. Galerianki to po prostu luksusowe zdziry, są to kobiety, które nie dają przysłowiowej dupy za jakieś śmieszne 100 złotych, bo facet płaci im o wiele więcej 200 lub 300 – tym samym zapewniając im życie na poziomie. Dlaczego nazywają się galeriankami? To proste nie dają dupy na ulicy, dają ją w galeriach handlowych no przecież trzeba się szanować nie?! Każdy bogaty facet będąc w galerii może liczyć na to, że za nowiutkie jeansy czy też absolutnie kultowe białe kozaczki Galerianki są w stanie zrobić dla niego wszystko – mówiąc wszystko mam na myśli dokładnie wszystko. Oprócz wspomnianych białych kozaczków jednym ze znaków firmowych galerianek są rzecz jasna najnowsze modele telefonów komórkowych (starych modeli z zeszłego miesiąca Galerianki jak żyją na oczy nie widziały), absolutnie kultowe i naturalne różowe, poliestrowe futerka co by im zimno nie było no nie?!

Ale koniec mowy o ubiorze, czas napisać o zachowaniu. W dzisiejszych czasach niektórzy z nas uważają, że puszczalstwo za pieniądze bądź też najnowszy model komórki, czy białe kozaczki tak bardzo charakterystyczne dla galerianek to przejaw braku szacunku do siebie. Absolutnie się z tym nie zgadzam, seks i pieniądze to formy władzy, a zatem seks za pieniądze to tylko wymiana form władzy, aczkolwiek należy tu podkreślić, że puszczalstwo pomimo wielu swoich zalet to ciężka fizyczna robota, bez wolnej soboty, bez ZUS-u a zatem także bez emerytury, czy warto, zatem tak harować? Na łamach tego blogu nie zaszczycę tego pytania odpowiedzią, proponuję niech każdy odpowie sobie sam.

I to już wszystko moi Drodzy, ale nie martwcie się być może jeszcze kiedyś zaszczycę ten blog swoją wypowiedzią na jakiś temat a może zostanie przydzielone mi prowadzenie jakiegoś działu np. Moda i uroda

W ramach podsumowania tej jakże przeuroczej wypowiedzi użyję słów jednej z filmowych galerianek: „Trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać”

wtorek, 20 października 2009

Kącik konesera taniego wina - odsłoa I

Tanie wino, napój winopodobny, siarkofrut, siarkofruktus, turboptyś… wiele synonimów można znaleźć na określenie tego wykwintnego trunku. Gatunków tanich win jest zapewne więcej niż sklepów, w których najłatwiej je nabyć (mowa o małych wielobranżowych sklepikach z logo pewnego płaza). W swoim życiu miałam okazję skosztować wielu z nich… Dlatego też czuję się kompetentna, aby podzielić się swoimi wrażeniami. Moje opinie będą niewątpliwie bardzo subiektywne dlatego też, chętnie poznam zdanie czytelników-koneserów taniego wina, a także tych okazjonalnie degustujących siarkofruty. To tyle słowem wstępu.

A teraz przejdźmy do omówienia pierwszego napoju winopodobnego. Jak mawiał poeta „trzech pokoleń” Leopold Staff:

„Z myślą ciężką, jak z dzbanem na głowie niewiasta,
A dzban wino ukrywa…”

Dlatego też powinnam zacząć od klasyki, czyli DZBANA. Powszechnie znane są cztery rodzaje DZBANA: leśny, wiśniowy, grzany lwowski oraz jabłkowo - brzoskwiniowy. Krążą również wieści, o istnieniu DZBANA malinowego oraz porzeczkowego, aczkolwiek nigdy nie spotkałam ich na swojej drodze. Także ktokolwiek widział, ktokolwiek wie… proszę o informacje.

Podstawowym rodzajem DZBANA ,od którego degustację powinien zacząć każdy początkujący koneser, jest DZBAN leśny. To napój winopodobny stworzony na bazie wysokogatunkowego moszczu owocowego(13%). Niepowtarzalny, odrzucający na początku aromat, wyjątkowy smak taniego owocowego napoju z Biedronki pomieszanego z wódą, piękny krystaliczno czerwony kolor oraz nowatorskie, praktyczne plastikowe opakowanie (uwaga do otwarcia żaden sprzęt nie jest potrzebny!) to wszystko sprawia, że ten trunek pozostanie w Waszej pamięci (i głowach) na dłuuugo.

DZBAN leśny to klasyka gatunku tanich win, klasyka wśród DZBANÓW. W kolejnych odcinkach omówię pozostałe, skosztowane przeze mnie odmiany…
Pozwólcie, że na koniec posłużę się cytatem: „Ale się k***a n*******m!”

Zdrówko!:)





Wtorkowa przepowiednia czterowierszowa

Gdy nie wiesz gdzie płynie jakaś durna rzeka
Możesz być pewny, że ktoś na Ciebie czeka
Nie wiesz kiedy, ani gdzie to się stanie
Jedno jest pewne – czeka Cię spotkanie!

poniedziałek, 19 października 2009

Rozkład Jazdy :)

Elo, elo, trzy, dwa, zero!

Witam wszystkich czytelników w tym jakże ciężkim dla autorów tygodniu. Mimo ogromu obowiązków znalazłem chwilę, alby chociaż zasygnalizować nadchodzące tematy, które weźmiemy na tapetę :)

Pierwszą nowością jest "Kącik konesera taniego wina". Będzie to cyklicznie pojawiający się opis przeżyć Turbodymomenki Anity po spożyciu kolejnych siarkofrutow dostępnych w sieci sklaepow Żabka. Żeby się nie zeszmacić (oraz by nie zbankrutować) na pierwszy ogień idą winiacze w cenie do 7,20zl :) Pod każdym tekstem będziecie mogli zostawić komentarz oraz podzielić się swoimi przeżyciami związanymi z "Trunkiem tygodnia". Przewidujemy tez specjalną ankietę, dzięki której wyłonimy "Najlepszy siarkofrut 2009".

Ponadto postaramy się wreszcie wyegzekwować od agenta Cysia niezwykle subiektywna recenzje "Galerianek". Nie zabraknie także oryginalnych przeróbek polskich i światowych przebojów! To wszystko juz niebawem, a póki co zapraszam do posłuchania kolejnego hiciora "O Ela, Ela"! Przygotowaliśmy dla Was również grę na druga polowe października, a juz jutro, jak co wtorek, dokładnie minutę po północy, kolejna wróżba wróżki Beni!

Viel Spaß!

wtorek, 13 października 2009

Czterowierszowa przepowiednia wtorkowa

W parku na dróżce już leżą kasztany
W spożywczym nadal nie ma śmietany
Frau kogoś zgarnie na rozstrzelanie
Nam pozostają wspomnienia o Dzbanie.

niedziela, 11 października 2009

Rozlany za miastem dom - "Dom nad rozlewiskiem", czyli kolejny genialny serial pomysłowych polskich scenarzystów

Nie oglądam seriali od dawna. Przeleciało mi przed oczami parę odcinków "Mody na Sukces", paręnaście lat temu żywo przez kilka tygodni interesowałem się Złotopolskimi, jakiś czas oglądałem również "M jak Miłość", zaliczyłem też po jednym sezonie "Magdy M" oraz "39 i pół". Dodając do tego "Klan", "Plebanię" czy "Brzydulę" tworzy się ładna historia. Co łączy te wszystkie seriale? Przedstawienie życia codziennego w nieco różnych realiach. W każdym serialu jest też zawarta jakaś myśl przewodnia, jakiś ciekawy motyw. Przynajmniej na początku ... Potem wszystko się rozmywa, dochodzą nowe wątki, wszystko się merda, aktorzy się starzeją, scenarzyści głupieją ... A seriali jak przybywało tak przybywa, kilkunastoodcinkowe seriali przeradzają się w kilkuset odcinkowe tasiemce, a bohaterowie zmieniają kochanków, mężów, żony kilkakrotnie.

Dziś miałem okazję obejrzeć drugi odcinek kolejnego genialnego serialu "Dom nad rozlewiskiem". Czym ten serial różni się od pozostałych? Niczym. Wtórność, wtórność, jeszcze raz wtórność. Bohaterka traci pracę, mąż ją zdradza, życie się załamuje, ona ma dość wszystkich - i tego wszystkiego można się dowiedzieć po jednym odcinku serialu. Zapewne w ciągu kolejnych odcinków wyprowadzi się do domku nad rozlewiskiem, znajdzie ukojenie, potem miłość, mąż będzie chciał do niej wrócić, potem pojawi się jest n kochanków, nagle się okaże, że ma brata/siostrę, tylko żaden rodzic jej nigdy nie mówił ... Słowem tradycyjny serial.

Teraz powstaje podstawowe pytanie - po co powstają te seriale? Czy one naprawdę generują aż takie zyski, żeby co chwilę tworzyć nowe? "Ojciec Mateusz" kariery nie zrobił, a mimo to powstają kolejne odcinki. Czego ludzie oczekują po serialach? Ucieczki od życia codziennego? Odpowiedzi na swoje pytania? Rad, jak lepiej sobie poradzić?

Nie wiem, naprawdę nie wiem, ale jeśli tak dalej pójdzie, to za kilka lat ramówka będzie wyglądała następująco:

7:00 - Szybka Kawa - serial 2014 odc. 6
8:45 - Miłe Przedpołudnie - serial 2011 odc. 63
9:30 - Bliskie Spotkania - serial 2012 odc. 43
10:45 - Wiadomości (!!!!)
12:00 - serial

I tak aż do 20, kiedy prezesi uraczą nas jednym filmem przerywanym co 10-15 minut reklamami kolejnych seriali.

Oczywiście mam szczerą nadzieję, że ten trend w końcu upadnie, jak na razie jednak nie widzę ku temu podstaw. Cieszę się, że ograniczyłem moje oglądanie telewizji jedynie do wiadomości, faktów czy innych programów informacyjnych. Jak widzę, nic wielkiego mnie nie omija.

czwartek, 8 października 2009

Wiosłowanie na ekranie

Dzisiejszy post jest efektem rozlicznych głosów sprzeciwu jakie dotarły do naszej reakcji. O co się rozchodzi? Juz tłumaczę...

Niedawno w naszym cudownym nadwarciańskim grodzie odbył się oryginalny konkurs. Zasada była prosta, należało pokazać "kto lepiej wiosłuje". Nasza ekipa również przystąpiła do zmagań. Nagraliśmy krotki, acz bardzo treściwy materiał. Wysłaliśmy go i oczekiwaliśmy na wyniki. Jako iż jesteśmy osobami dość pewnymi siebie, a konkurencja wydawała się słaba, niezwłocznie rozpoczęliśmy buszowanie po sklepach i "zaklepywanie" towarów. Zwycięzców długo nie ogłaszano, a Anitka nie mogła doczekać się nowych szpilek. Po miesiącu czekania, krótko po czwartej rano, naszym oczom ukazały się rezultaty konkursu... Wygrał beznadziejny film konkurentów. Zdziwienie? Zaskoczenie? Poczucie niesprawiedliwości? Palpitacje serca? Każdy odczuwał to inaczej. Jedno było pewne, nieuczciwa porażka... Tej nocy nie pozostało nam już nic innego, jak utopienie przegranej w czerwonym winie... Pare dni później pogodziliśmy się z bądź co bądź nieprawidłowym werdyktem pseudokomisji.

Zapytacie więc, dlaczego o tym pisze? Jak już wspomniałem, jest to wynik głosów poparcia jakie otrzymaliśmy od Was, naszych czytelników. Oto wybrane opinie:

D.: "Chamstwo, chamstwo i jeszcze raz chamstwo"
A.: "Myślałam, ze żyjemy w państwie prawa. Po werdykcie, zawiodłam się :("
C.: "Dala komuś dupy. Od zawsze twierdziłem, ze na dupie najdalej się zajedzie"

Dziękujemy za wszystkie wyrazy poparcia! Niżej zamieszczam nasz niedoceniony film. Miłego oglądania!


Jesienne przebudzenie :)

Halo!? Jest tu kto!? Ciekawe, czy jeszcze ktoś tutaj zagląda... Jak widać, Bolg powoli wybudza się z letniego snu :) Obiegowe opinie mówią wprawdzie o misiach zapadających w sen zimowy, ale jak wskazuje sama nazwa naszego Bloga - jesteśmy po prostu nietuzinkowi :)

Po letnich melanżach nastał okres jesiennej zadumy, depresji. Rozpoczęła się szkoła, zainaugurowany został sezon przeziębień i grypy :P Dni co raz krótsze, na dworze zimno. Generalnie wydaje się, że świat zmierza do zagłady...

W obliczu tej katastrofy, nie możemy zostawić Was samych! Reaktywacja Bloga sprawi, że chociaż na chwilę zapomnicie o szarości, smutku i krojeniu kapusty w Borynowej chałupie :) Niedługo na ulice wyjdą pierwsze Mikołaje. W sklepach wyrosną plastikowe choinki, a z radia poleci wiecznie żywe "Last Christmas" :D Wszystko postaramy się przedstawić w krzywym zwierciadle. Koniec z szablonowością! Blog czeka wiele zmian, czy na lepsze? Mam nadzieję, że tak :P

Pozdrawiam

wtorek, 6 października 2009

STO LAT !!

Właśnie mija pierwsza rocznica naszego Bloga. Obiecujemy, ze będziemy co najmniej tak samo sumienni :) Nie zabraknie też wielu zmian. Warto w tym momencie wspomnieć, że nasi Czytelnicy nie zapomnieli o nas! Bardzo dziękujemy za wszystkie życzenia z całego świata! (Dzięki usłudze Gogle Translate, jesteśmy czytani także za Oceanem!) Niestety nie możemy zamieścić wszystkich nagrań i tekstów jakie otrzymaliśmy, ponieważ nasze serwery nie wytrzymałyby tego. Mogliśmy wybrać tylko kilka. Dodajmy, że oficjalne uroczystosci związane z rocznicą naszego Bloga odbędą się w najbliższą srodę!




Otrzymalismy również gromkie STO LAT od kabaretu Hrabi:



Na koniec piosenka stworzona specjalnie dla nas przez swiatowej sławy artystę - Aro.
Dziękujemy!

środa, 10 czerwca 2009

Koka ... Kola ... Czyli co tak chętnie pijemy!

Dzisiaj mamy zaszczyt zaprezentować (fry)wolną twórczość naszych czytelników! Blog od dawien dawna nie był aktualizowany z powodu nadganiania ocen, jednakże dziś szkoła się kończy, także czas uaktywnić działalność!

Reklama Koka Koli - by Marcin and Eryk

Przedstawiamy państwu produkt spożywczy jakim jest Koka Kola. Jest to orzeźwiający napój znany państwu z beznadziejnie nudnych reklam w telewizji. Nie wiadomo w ogóle o co w nich chodzi. My przedstawimy państwu nasz produkt bardzo przejrzyście. W dalszej części naszego bardzo ciekawego programu omówimy szczegółowy skład Koka Koli. Proszę się nie martwić, że skład napoju jest bardzo złożony. Mamy przecież półtora godziny czasu, więc zdążymy omówić go na poziomie cząsteczkowym.

Część I – Skład
Jak sama nazwa wskazuje Koka Kola składa się z dwóch podstawowych składników: Koki i Koli. Pierwszy ze składników powoduje uzależnienie od napoju, uczucie senności, szkorbut, chorobę morową, dur brzuszny, a w skrajnych przypadkach dyzenterię i wągry. Drugi ze składników, niestety już mniej ciekawy, spełnia funkcje smakowe, aromatyzujące i wywołuje choroby takie jak: przyrost prostaty, wrzody żołądka i zmiany hormonalne powodujące występowanie owłosienia w różnych śmiesznych miejscach.
Wszystkie te informacje zostały sprawdzone i potwierdzone przez pracowników IPN-u.

Część II – Wartości odżywcze
Koka Kola nie posiada żadnych, nawet najmniej wartościowych wartości odżywczych, jeżeli mowa o substancjach zaspokajających potrzeby fizyczne organizmu. Inaczej ma się sprawa z wartościami metafizycznymi i duchowymi. Otóż, jedna butelka (5l) 15% Koka Koli zawiera:
• Czarnko – 6,9 kg, czyli 315% normy zalecanego nocnego (s)pożycia (SRA)
• Węgla-ci-nie-damy – nie damy, czyli totalne 0, null, nawet, proszę szanownej publiczności, zgromadzonej w studiu, jaki przed telewizorami, radioodbiornikami oraz całej reszty społeczeństwa dla której reklama ta jest zbyt inteligenta, błyszcząca ciętym dowcipem, boska i wspaniała, do tego stopnia, że z powodu niskiej samooceny i zawyżonego poczucia własnej niegodności, darowała sobie kontentowanie się naszym programem – „minus” 1! Stanowi to, około, tak na oko, 0,0_o%@#$%^&2+n(^pi*śmi*wi*ri)^phi popołudniowego spożycia przez usta, nos, lub inne otwory ciała powleczone śluzówką.
• (pół)tusze – Koka Kola, to prawdziwe bogactwo różnego rodzaju pół-, ćwierć- oraz jedna pięćdziesiąta druga- tuszy. Kolorowych, białych, czarnych i bezbarwnych, półprzezroczystych, transparentnych całkowicie, w połowie, w trzech połowach, cisparentnych, dąbparentnych. I w ogóle.

Część III – Działanie
Jak już zostało powiedziane. Koka Kola w żaden pozytywny sposób nie wpływa na organizm ludzki. Trzeba jednak zauważyć, że mimo tego, wbrew opinii wywołanej pierwszym rzutem oka, Koka Kola jest pokarmem bardzo wartościowym. Zaspokaja ona potrzeby, jakże ważne, ducha, ludzkiej psychiki, potrzeby umysłu… a także wyuzdane zwierzęce instynkty. Napój wpływa na potencję, a ściślej mówiąc na jej brak, przy jednoczesnym zwiększeniu chęci na ciekawe zabawy w większym gronie. Z użyciem dodatkowych akcesoriów. Nierzadko gumowych, lub, naturalniej – skórzanych. Przykładem, doskonałym zresztą, może być piłka nożna. Co prawda, możliwe są pewne odchylenia od kulistości, zniekształcenia powodujące przybranie przez rzeczoną piłkę kształtu fallicznego o długości od, skromnie, 16 cm. W niektórych przypadkach, wypicie większej ilości Koka Koli może powodować zwiększenie przyjemności z rozrywki (tzw. efekt „Negro” – 58 cm).

Jednym słowem, jest ciekawie. Koka Kola, to napój dla Ciebie! Kimkolwiek byś nie był: prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej, tegoż kraju premierem, posłem na sejm, senatorem na senat, Żydem na mydło i tak dalej i tak dalej. Nawet jeżeli robisz w tym życiu coś konkretnego i nie opierdalasz się całymi dniami, jeżeli pracujesz uczciwie w zawodzie cieśli, dekarza lub prostytutki, hodujesz rybki, słonie, muchomory lub zawodowo czyścisz fontanny, sprzedajesz murzynów, azjatów, Romów, zajmujesz się zarobkowym płodzeniem dzieci. Nawet, jeżeli jesteś księdzem, biskupem lub Michaelem Jacksonem. Koka Kola. To napój stworzony z myślą o wyciągnięciu z Twojego portfela wszystkiego, łącznie z tym najbrzydszym zdjęciem, które trzymasz między starymi paragonami! Kup, przekonaj się sam, lub wspólnie, w gronie przyjaciół, kręgu rodzinnym, kółku różańcowym, Zrzeszeniu Anonimowych Dawców Spermy. Zrób to! Łyknij SE!

Czym prędzej więc biegnijcie do sklepu i kupcie kolejną puszkę Koki! Na pewno wyjdzie Wam to na zdrowie ;)